(c) by SwanHeart



Księga gości


O mnie
Dodaj do ulubionych


Odwiedzin:


Archiwum:
2006
czerwiec (4)
lipiec (3)
sierpien (2)
wrzesień (1)
grudzień (1)

2007
kwiecień (1)

2008
sierpien (2)



Linki:
Na razie takie tam...
No, cóż...



Ulubieni:
panna-olszateasaphopamietnikszpilki

Kluby:









"Życzę Ci Szczęścia, chociaż Go nie ma" .
..
...

....>Jest wtorek, 5 sierpnia 2008 roku,
godzina 21:51:51 czasu wschodnio-zachodniego,
a ja mówię:Kiedyś...
Gdybym nie myślała o czym myślę, pewnie byłabym teraz spokojna. Pewnie opuściła by mnie nadmierna szybkość ruchów. Odetchnęła bym. Nauczyłabym się patrzeć na świat bez pryzmatów.
P.S. Nowy pryzmat, jak zwykle, dostałam w prezencie. Oczywiście nie działa jak trzeba...
komentarze [0]

"Życzę Ci Szczęścia, chociaż Go nie ma" .
..
...

....>Jest niedziela, 3 sierpnia 2008 roku,
godzina 22:54:35 czasu wschodnio-zachodniego,
a ja mówię:Kieliszek
Pijacka ochota na cienkie, damskie alkohole. Maniacka potrzeba nikotyny. Nerwowa świadomość własnych dłoni. Przyspieszona samokrytyka. Mała, głupia dziewczynka. Biega, podskakuje, śmieje się jak szalona. Robi wszystko, żeby nie myśleć. Nie wychodzi. A im bardziej się stara, na tym gorsze obraca świat. Czasem wiem, że robi to specjalnie. Psucie na wszelki wypadek. Psucie na zaś. Żeby tylko nic z tego nie było. Żeby tylko nic się nie zmieniło. Żeby tylko dlaej żyła w nas ta nerwowość, ten krzyk, ta chęć ucieczki. Psychika dzikiego zwierzątka, małego, łownego gryzonia. Futerkowa zapobiegliwość. Rusza się zbyt gwałtownie, mówi zbyt szybko, działa za spontanicznie. I nic ją to nie obchodzi. Nie jej palce postukują teraz mechanicznie o blat biurka. Nie ona ma ochotę wstać i wyjść. Nie ją porzera rutyna. Nie. Ona tylko pojawiła się, spojrzała w moje oczy i powiedziała : "Odsuń się. Ja to załatwie. Zapewnię ci kolejną "niespełnioną miłość"". Ta. Ona to robi zawodowo.

P.S. I gdzie moja powaga?
komentarze [0]

"Życzę Ci Szczęścia, chociaż Go nie ma" .
..
...

....>Jest piątek, 13 kwietnia 2007 roku,
godzina 19:55:19 czasu wschodnio-zachodniego,
a ja mówię:.
.
komentarze [1]

"Życzę Ci Szczęścia, chociaż Go nie ma" .
..
...

....>Jest środa, 27 grudnia 2006 roku,
godzina 14:47:55 czasu wschodnio-zachodniego,
a ja mówię:Braki...
...w pomysłach.
komentarze [1]

"Życzę Ci Szczęścia, chociaż Go nie ma" .
..
...

....>Jest wtorek, 19 września 2006 roku,
godzina 21:14:42 czasu wschodnio-zachodniego,
a ja mówię:Rozdział IV. Demonstracja

W dalszym ciągu piątek, Ulica Myszy 57. Miasto Aniołów.
Co ONI sobie myślą?! Co IM się zdaje, że mogą tak sobie się zjawić i burzyć CUDZY, pieczołowicie wyhodowany, wypieszczony i wyuzdany spokój?! Przechodnie z dezaprobatą kręcą głowami i jak najszybciej oddalają się jak najdalej stąd. Niektórzy zatrzymują się, tylko po to by uświadomić „zainteresowanym” bezsensowność zwracania uwagi na tego typu demonstracje, inni by zaszczycić TYCH TAM ironicznym uśmiechem. NIK nie przystaje na dłużej niż to niezbędne, na „zwracających uwagę” patrzy się wrogo, z odrobinką szyderczego politowania „Nie wygłupiajcie się” szepczą te spojrzenia „ Nie wyróżniajcie się, nie zwracajcie na siebie uwagi. TO nie wasz problem, nie wasza sprawa”…
Panna Badenpowel stoi na dachu swojego minibusa z megafonem w jednej i chorągiewką drugiej ręce. Do samochdzika ktoś, z pewnością Długowłosy przyczepił wielki, rażący barwami transparent: „SIEROCINIEC SŁONECZNA 7- JESTEŚMY WSZĘDZIE BY POMÓC WSZYSTKIM!”
-Bądźcie z nami! Czekamy na waszą pomoc dniem i nocą! Czy jesteście młodzi czy starzy, pokażemy wam jak zrobić coś dobrego dla innych!- pełen entuzjazmu, ciepły alt Panny Badenpowel wyzywająco odbija się urażonym echem po szacownej Ulicy Miasta. Parunastu obywateli posyła jej pełne oburzenia, karcące spojrzenia, ktoś, jak zwykle losowo wybrany do niezbyt miłych czynności, uprzejmie zwraca uwagę na nietakt, jaki popełnia swoim zachowaniem. To przecież nie wypada tak hałasować w godzinach pracy, szczególnie dorosłej… godnej…szacunku osobie. Jakiś mniej cierpliwy głos ze ściany mijających ich w pośpiechu ludzi grozi zawiadomieniem ODPOWIEDNICH służb. Panna Badenpowel uśmiechnęła się jeszcze szerzej, na co większość przechodzących wykrzywiła się z oczywistych względów, i przytaknęła.
-Rzeczywiście, chyba już na nas pora!- i, po wyrzuceniu z podręcznej armatki kilkuset tęczowych wizytówek, odjeżdżają z piskiem opon. Trzy minuty wcześniej o 8.56 ktoś na drugim końcu Miasta osierocił urocze trojaczki. Za kwadrans miał się tam pojawić, wzbudzający powszechne zgorszenie, ukwiecony minibus marki nieokreślonej i jak zawsze wszystko popsuć!

Godzina 9.01. Ulica Jakaś Tam Ileś tam. Miasto Aniołów.
Nie wiem skąd u Anny Badenpowel takie zamiłowanie do wtykania nosa w cudze, nieprzyjemnie pachnące sprawki. To wprost nie do pomyślenia jak można tyle uwagi poświęcać tym, kłopotliwym, nieprzyjemnym sytuacjom, bezpańskim psom i dzieciom, które nikogo nie powinny obchodzić, bo tak już jest niestety świat ułożony. Jest oczywiście warta z tego powodu najwyższego uznania oraz poklasku, gdyż nie każdy był by gotów poświecić własne szczęście i życie tak wątpliwie dochodowemu zajęciu lecz motywy, które nią powodują dla wszystkich, ze mną włącznie, pozostają trudne i nieodgadnione. Bo trzeba wam wiedzieć, że Anna Badenpowel urodziła się u porządnej, godnej szacunku rodzinie Badenpowel’ ów nigdy nie widywanej na ulicach po 0.00, odziedziczyła pieniądze oraz układy. I bez żalu wyzbyła się ich zaraz po studiach, haniebnie zrywając wszelkie kontakty z szanowanym społeczeństwem.-Została założycielką, tak teraz potępianej instytucji, jaką jest „Sierociniec, Ulica Słoneczna7”, cieszącej się sławą najgorszą z możliwych. Zajęła się po prostu, tu nastąpi słowo przez wielu uważane za niekulturalne, dobroczynnością. A także, co jeszcze gorsze, regularnym zakłócaniem porządku publicznego, przez bycie prowokacyjną, demonstracyjną, oraz zwracającą uwagę.
Że też jej się chce! Niesłychane!


komentarze [0]

"Życzę Ci Szczęścia, chociaż Go nie ma" .
..
...

....>Jest wtorek, 22 sierpnia 2006 roku,
godzina 15:30:22 czasu wschodnio-zachodniego,
a ja mówię:Rozdział III. Czyli wszystko, czego ludzie nie lubią.

Ciągle piątek, 27 marca, Ulica Słoneczna 7. Miasto Aniołów
Kiedy Panna Badenpowel była mała Świat wyglądał inaczej. Nie było wojen, broni atomowej, wyborów prezydenckich, ani autobusów dalekobieżnych, nawet w wielkich miastach, które były wtedy malutkimi wioskami, nie działały telefony. Zdaniem wyżej wymienionej, choć pewnie NIK z NAS się z nią nie zgodzi, bo i po co, było wtedy dużo lepiej, nie tylko dla małych dziewczynek. Życie było podobno kolorowe i pachnące, wszędzie latały ptaszki, wiewióreczki robiły zapasy na zimę, miast ginąć haniebnie pod kołami polonezów, wszyscy rodzice wiedzieli co mówić dzieciom, gdyby zapytał skąd się wzięły. Wtedy takie sprawy załatwiały bociany, bogowie lub główki kapusty. Lekcje Wychowania Seksualnego nie były nikomu potrzebne ( zdaniem Panna Badenpowel, nadal nie są) a pedofilii wieszano za pewne organy na gałęziach drzew. Osobiście nigdy w to nie uwierzyłam. Czasy młodości opiekunki z Słonecznej 7 jawią mi się jako ciemne, durne wieki zastoju naukowego oraz zbędnej religijności…

(Anna biegła łąką potykając się ciągle o wystające korzenie. Coś nie tak było z jej oczami, to pewne. Ponownie zaliczyła glebę lecz biegła dalej śmiejąc się jeszcze głośniej. Za nią biegły inne dzieci skwapliwie się przewracając. Grali w naśladowanie. Anka była świetna w te klocki. Zawsze wymyślała cos, przy czym wszyscy lądowali w rzece, jeziorze albo w szpitalu sióstr kapucynek, za wzgórzem, koło cmentarza parafialnego. Anka ma już na swoim końcu 42 złamania. Żyje dopiero dziesięć lat… )

Godzina 6.25, ulica jakaś tam, Ileś tam. Miasto Aniołów
Długowłosy nie mógł zasnąć dzisiejszej nocy, to pewne, zważając na to, z której strony zmierza właśnie, pozbawiony tego swojego, perwersyjnie, prowokacyjnego minibusika. I dobrze mu tak! To oczywiście nie moje zdanie. Jako autorka tej historii, traktującej niezawodnie o nim oraz jego pracodawcy, a mojej znajomej nie mogę życzyć mu źle. To oczywiście opinia przytłaczającej części poważanych obywateli porządnego, godnego zaufania społeczeństwa. Tak więc, ze znużeniem, po całonocnej pracy nad tą, jakże wyczerpującą historią, obserwuje wlokącego się, włóczącego nogami Długowłosego, taszczącego na plecach tobół, tak, właśnie tobół, czegoś co ma pierwszy, niewprawny rzut oka przypomina, choć NIKOGO o NIC nie oskarżam, stare, znoszone, wytarte ubrania z drugiej ręki. Niczego nie mogę być jednak pewna, chociaż worek, którego używa jest jak najbardziej przejrzysty. Ale ja nikogo nie oskarżam! Jakże bym śmiała?
Przyznam tylko, że istnieje pewien powszechny, niesprawdzony oczywiście pogląd, który głosi, że o zgrozo!, moja droga panna Badenpowel prowadzi zbiórki takich ubrań. Z obrzydzeniem odsuwam od siebie myśl o popełnianiu takiej zbrodni! Jest to dla mnie, jako SZANUJĄCEJ się, PRAWEJ obywateli, żyjącej w świetle słońca (od godziny 6.00 do godziny 0.00) coś absolutnie nierzeczywistego. Każdemu, kto spróbował by posadzić o to Annę Badenpowel w mojej obecności radzę dwa razy się zastanowić…
Choć pewnie Pannie Badenpowel nic by to nie przeszkadzało. Miedzy nami mówiąc twierdziła nawet czasem, że dla kilku…dziesięciu tobołków dobrej, używanej odzieży warto czasem przeskoczyć tę cienką linkę oddzielającą prawo od bezprawia. Czasem to ona po prostu przerasta sama siebie! To z całą pewnością przez nadmiar wykształcenia. Już wielokrotnie namawiałam ją by pomyślała rozsądnie i nie wychwalała się wszędzie tymi pięcioma kierunkami studiów wyższych, zaliczonymi bez układów: magistrem pedagogiki, doktoratami z teologii, psychologii i gastronomii, oraz profesurką z filozofii. SZANUJĄCY się OBYWATELE dziwnie wtedy na nią patrzą. Na pewno nie wzbudza przez TO ICH zaufania. Ale ona i tak twierdzi, że patrzą z szerszej perspektywy w wielu językach obcych jest analfabetką ( nie mówi bowiem suahili, po eskimosku, malajsku, staro grecku, celtycku i w dialekcie północnej Okinawy).Tylko kto, proszę Państwa patrzy dziś z szerszej perspektywy? Komu się chce? Wszyscy, to znaczy WSZYSCY z NAS wiedzą przecież że to męczące, niemodne i przestarzałe! Ale kto zdoła jaj przemówić do rozumu?
Jakże się cieszę że Długowłosy taszczy tylko jeden taki woreczek, w przeciwnym razie zmuszona bym była skontaktować się z ODPOWIEDNIMI służbami, które potrafią radzić sobie z przejawami TAKIEGO zachowania. Skrajną prowokacja jest tu również pora, jaką ten szemranej wody kierowca wybrał sobie na transport TAKIEGO towaru. Zastanawiające czemu nie mógł zrobić TEGO pół godziny wcześniej, aby nie narażać na swój widok POŻĄDNYCH obywateli. Ale kto to TAKICH rozgryzie? (Niech krytycy zwrócą uwagę, że ja cały czas usiłuję dokonać tej niemożliwej rzeczy.)

Ciągle piątek, Ulica Słoneczna 7. Miasto Aniołów.
Jest godzina 6.32. Panna Anna Badenpowel wróciła właśnie z porannej przebieżki, rozpoczynanej, ku rozpaczy pozostałych, normalnych obywateli codziennie, o godzinie 6.00. Jest wyzywająco kolorowa, denerwująco uśmiechnięta i drażliwie wyspana. Rozsiewa też w około siebie nienaturalny optymizm i ogólnie potępiane dobre samopoczucie. Przed sekundą wykrzyknęła dwudzieste pierwsze od ranna, pozostające oczywiście bez odpowiedzi, perwersyjne „Dzień dobry!”, do ciężko pracującego, porządnego obywatela. NIK przecież nie odpowie na powitanie TAKIEJ osoby! Panny Badenpowel oczywiście nic a nic to nie krępuje! Czuje się dalej doskonale, ku ogólnemu rozdrażnieniu całego, poważanego, szacownego społeczeństwa, cierpiącego na przepisową nocną bezsenność, wiosenną depresję oraz całoroczne wrzody żołądka.
Panna Badenpowel, bardzo cieszy się, ze nie posiada ani jednej z trzech wyżej wymienionych przypadłości i szczerze współczuje wszystkim, którzy na nie cierpią z tytułu bycia szacownymi. Czym zasługuje sobie oczywiście na jeszcze większe potępienie ze strony SZACOWNYCH obywateli. W oczekiwaniu na spóźnionego Długowłosego ( jest jedyną w mieście osobą pełnoletnią NIE! POSIADAJĄCĄ! przepisowego PRAWA! JAZDY!, ŚWIETNIE! SIĘ! BEZ! NIEGO! CZUJE! i NIC! JĄ! ONO! NIE! INTERESUJE! Cóż za… INNY człowiek!)gwiżdżąc czyści minibus, co doprowadza przechodniów do szaleństwa. Na szczęście są to szanujący się obywatele, udają więc, że nic nie słyszą ani nie widzą by nie dąć się sprowokować tak wyrazistym wyzwaniem. Rozmawiają przez komórki, spieszą się, upominają dzieci, niektórzy dla odmiany kaszlą astmatycznie lub palą papierosy na pohybel czystemu powietrzu. Świat nie da się przecież zastraszyć JEDNEJ, podstarzałej, zdziwaczałej prowokatorze i nie zwariuje bo ona JEDNA sobie tego życzy!
Gdy Długowłosy wreszcie nadchodzi, ze zdecydowanie nietypowej dla niego strony, taszcząc na plecach podejrzanej zawartości tobołek Panna Badenpowel, jak zawsze obdarza go płomiennym, gorącym uśmiechem, wielce potępianym w towarzystwie, gdyż jakże zdrożnym. Kierowca odwzajemnia uśmiech, wrzuca pakunek przez otwarte tylne drzwi, zakłada słuchawki na uszy i rusza, niezwykle nagannie, z ostatniego biegu, zacierając skrzynie biegów i wpadając na szanowane, szarobure ulice z hałasem, kolorem oraz radością. Istne wariactwo!

komentarze [1]

"Życzę Ci Szczęścia, chociaż Go nie ma" .
..
...

....>Jest piątek, 4 sierpnia 2006 roku,
godzina 22:32:19 czasu wschodnio-zachodniego,
a ja mówię:Niech skonam, ale życie zmienia się pod nieobecność włąściciela.
Tylko kto ono zatrzyma, te życie. Pędzi takie na ślepo, tu się wykopyrdnie, tu kulasa se przetrąci, tam przekoziłkuje i na wznak, że tak to, na mordę, przepraszam ja was, chlapnie a zatrzymać sie, niech skonam, ani myśli. Ono w sobie, pomyślunku, to wogóle nie ma, za tynfa. Jak je co najdzie czasowo, to psia jego... a nie popuści. I młucić po łepetynie i tarmosić. Nic. Ani ruchu. A Ten Tam? A Jego, to bawi przecie musowo, bo by sie inaczej przychylił, do stworzenia, do tego swojego sandała u lewej nogi, i naszeptał do ucha czego pomocnego. A On tylko, Pan Ten Niebieski Na Chmurze, mrurzy z za szkiełków ślepia, wytrzeszcza się, i śmiechnie nieraz, z niedojdy, Bejdaka, co skrajem nieba z organkami sie skrada, aby lepsze na ptaki mieć widowisko. A ptaji, owe Boskie z uśmiechów odpryski? A one, niech skonam, co na to?
komentarze [1]

"Życzę Ci Szczęścia, chociaż Go nie ma" .
..
...

....>Jest czwartek, 13 lipica 2006 roku,
godzina 14:22:45 czasu wschodnio-zachodniego,
a ja mówię:Ja nie mogę, niech skonam, że nie!
Ja nie mogę z tymi wymysłami! Zdaje Ci się, że dobry, Swój, jak to się mówi, wymysł produkujesz, a tu- nic. Więc czekasz. I czekasz. I czekasz.
Ja się, niech skonam, na Śmieć zastojam w końcu, przy Was. Nuda mnie najechała przez to. Więc wybywam na Zachód. Miło tam, wesoły ludek mieszka, bawić się umie, to i mnie na parenście dzionków przygarnie. Niby to okolica i bezpańska, i bezbożna, a człowieka ciągnie. Do hulanek, niech skonam, tęskię. Ustatkowany ostatnio, pisarski żywocik wiodę, o On się z góry zamyślał, ile wytrzymam jeszcze. Nie dłużej niż trzy dni. Dłużej za nic, niech skonam...
komentarze [0]

"Życzę Ci Szczęścia, chociaż Go nie ma" .
..
...

....>Jest środa, 5 lipica 2006 roku,
godzina 13:12:55 czasu wschodnio-zachodniego,
a ja mówię:Rozdział II. Co się mówi na dobranoc, córciu?



Piątek, 27 marca, Ulica Słoneczna 7. Miasto Aniołów
Jest słynna godzina 6.00 o której to, normalny poważany świat powstaje z trumien i idzie się golić na następny dzień. Przykre, że przeważnie dotyczy to obydwu płci. Długowłosy kierowca jest już jednak na nogach. Czasem robi za kloszarda, czasem za artystę, a nie goli się w ogóle, na co często zwraca mu uwagę Liza Z Wczoraj. To dla tego, że kiedy ja znaleźli, a trochę się naszukali, było już jutro, tak około pierwszej trzynaście. Liza lubi swoje nazwisko. A Pannę Badenpowel bardzo to cieszy. Nie wszyscy mają tyle szczęścia co panna Badenpowel. Przynajmniej ONA TAK myśli. Uważa, że to szczęście, mieć tyle dzieci i ani jednego własnego, i wszystkie tak okropnie samotne. Jest w niebo wzięta, kiedy nowe dzieci mówią do niej „Mamo”, wtedy może do nich zacząć mówić „córciu” lub „synuś”. Panna Badenpowel jest starą panną. Tak twierdzi powarzny, naukowy świat, który z daleka omija Ulicę Słoneczną. Niestety, panna Badenpowel nie unika poważnego świata. Wręcz przeciwnie, na jego nieszczęście, ona za nim PRZEPADA! Prawie tak bardzo jak za lodami ananasowymi w polewie mirabelkowej z bitą śmietaną i rodzynkami w czekoladzie. Panna Badenpowel odwiedza mnie czasami, zawsze przed 6.00 żeby nie prowokować skandalu. Dziś już więc nie przyjdzie. Chyba się cieszę. Podobno ostatnio ma coraz więcej dzieci, przez TO, co się dzieję w mieście. Wszyscy bardzo współczujemy burmistrzowi, gdyż z miastowych pieniędzy opłacił już ponad STO pochówków! To musiał być cios dla naszych, podatniczych kieszeni. Biedny polityk, musiał być załamany ponieważ po TYM wszystkim nie wybierzemy go już na następną kadencję…
Panna Badenpowel nie śpi od paru nocy, to znaczy od TEGO, co stał się w sobotę. Przez cały czas starała się nauczyć to nowe niemowlę słów podstawowych, jak sadzi, w egzystencji każdego człowiek. Dowodzi to, jaka
z niej naiwna osobą.
-No, to co się mówi na dobranoc, córciu?
Panna Badenpowel jest naprawdę załamana. Szczególnie iż od tego czasu nauczyła tej formułki już siedem innych znajd, oraz znajdów( bo Długowłosy znajdował zarówno chłopców i dziewczynki). Wszystkie wprawdzie ciut starsze, ale to nic nie dowodzi. ONA sama , choć już porządnie między trzydziestką, a czterdziestką, była , co skwapliwie przyznawała kompletna analfabetką. Wiek nie grał więc żadnej roli w poziomie edukacji.
-To co się mówi na dobranoc, córciu?- powtórzyła z zaskoczenia po raz dwieście siedemdziesiąty trzeci.
Mała, śniada buźka, cała zaśliniona, obrzydliwie upaprana w kaszy zmieszanej z papką buraczkową, o rozczochranych, skudlonych włoskach przyjrzała się jej przymilnie. „No oczywiście, że nie wiem, stara wariatko, pochodzę przecież z szacownego, poważnego społeczeństwa” wydawały się mówić jej wielkie, brązowe oczęta.
-Jakaż ja jestem głupia!- krzyczy nagle panna Badenpowel- bo skąd ty to możesz wiedzieć córuchna! Jak ci tego NIKT przed mną nie mógł powiedzieć! Moje biedactwo! Wiesz co się mówi?: nic się nie mówi, tylko śpi!


komentarze [2]

"Życzę Ci Szczęścia, chociaż Go nie ma" .
..
...

....>Jest sobota, 1 lipica 2006 roku,
godzina 19:15:58 czasu wschodnio-zachodniego,
a ja mówię:Kolejny wymysł, niech skonam.... Odsłona pierwsza:
Przedmowa: Świat Przedstawiony

Świat zawsze toczył się swoim rytmem. Bez względu na katastrofy, pożogi, trzęsienia ziemi, powodzie, lawiny, wichury, zawieje, tornada, monsuny letnie i zimowe, fale tsunami, czy wybuchy wulkanów. Nigdy nie obchodził go fakt, że w ogóle dzieją się takie rzeczy. Zawsze było to dla niego dość wygodne rozwiązanie w razie przeludnienia bądź, niedoboru pożywienia.
Co chwila słyszymy więc w wiadomościach, czytamy w dziennikach, lub dowiadujemy się od znajomych, o kolejnych, przykrych incydentach. Oczywiście bardzo nad tym ubolewamy. Niektórzy dla ukojenia sumienia biorą nawet udział w akcjach pomocy, lub zbiórkach pieniędzy. Potem idziemy do domów, siadamy przed telewizorami( żeby nie urazić bibliofili) zabieramy się do czytania. Nie chodzi o to, że to źle. Z całą pewnością wręcz bardzo dobrze. Miejmy jednak poczucie, że można inaczej…

Rozdział I. Panna Badenpowel.

To co wydarzyło się w ostatnią sobotę, 21 marca, wstrząsnęło opinią publiczną. Tysiące telefonów rozdzwoniło się, miliony listów pośpiesznie napisano i wysłano, miliardy ludzi z błyskiem w oczach dzwoniło w tej sprawie do rodzin oraz znajomych. Wszyscy oczywiście wiemy o czym mowa. Być może i my byliśmy wśród tych setek, tysięcy, milionów, czy miliardów. To wręcz wielce prawdopodobne, gdyż wszyscy jesteśmy istotami wykształconym i z chęcią komentujemy wszystko co nawinie nam się pod rękę. Ja postanowiłam napisać o tym książkę. Jest 26 marca, czwartek, piąta rano. Wyglądam przez okno i widzę ludzi typowych dla tej pory dnia. Nie prawników, sklepikarzy, czy kierowców. O co to to nie! Po ulicach o TAKICH PORACH włóczą się jedynie najgorsze typy takie jak mleczarze, śmieciarze, zamiatacze ulic, kloszardzi czy wczesno- późni imprezowicze. Oraz oczywiście artyści, ale na nich nigdy nie warto zwracać uwagi. Bo to już prawie cyganeria a jeszcze nie elita, jak powiedział jeden z moich znajomych bankowców. Ja nawet wychodzę z psem dopiero około szóstej, żeby NIK nigdy nie połączył mnie takimi ludźmi. Ja! Która tyle pracy wkładam w propagowanie równości, tolerancji i wolności słowa! Oczywiście wszyscy państwo wiedzą kim jestem. Och, nie! Oczywiście iż nie nazywam się panna Badenpowel. To absolutnie wykluczone! Ludzie którymi styczność ma panna Badenpowel… Brrrr… Okrooopne istoty, wprost przerażające małe potwory, że tez w ogóle ktoś ( Ja, znaczy się) zabrał się do pisania na tak ohydne tematy! Sama się sobie dziwię, moi państwo. Liczę więc że w świetle przedstawionych faktów będą mi państwo przychylni w recenzjach…

Sobota, 21 marca, Ulica Ptasia 245, Miasto Aniołów.
Ulicami wstrząsa huk. NIKT nie ma wątpliwości- TO znowu się stało. Przechodnie z umiarkowanym przerażeniem patrzą na zgliszcza rozerwanego domu. Niektórzy rozmawiają przez komórki, inni czytają gazety, jeszcze inni strofują uciekające dzieci. Ktoś zaraz oberwie ostrym słowem, za propozycję wezwania pomocy. No, bo w końcu komu tu pomagać? Nikt nie chce z niczego robić taniej sensacji. Biedny, tani dom, jak ich tu pełno. Wszyscy zginęli, pochowają ich więc na zbiorowym cmentarzu bez identyfikacji zwłok..
-Może sprawdzić, co jest w środku?- zapytał zmieszany ciszą młody mężczyzna. Wszyscy spojrzeli na niego z politowaniem. Od razu wiadomo, że nie tutejszy. Ktoś uczynnie tłumaczy mu że to nienajlepszy pomysł. Tylko sobie kłopotów napyta, jeszcze kogoś znajdzie. Ludzie kiwają głowami. Tak, to jedyne słuszne rady w TAKICH sytuacjach. Niestety, to uparty chłopiec, być może wierzący, kto to wie? Przechodnie kręcą głowami, na znak sprzeciwu. NIKT z obecnych nie chce mieć nic wspólnego, wspólnego TYM co się stało. Nie mogą jednak zatrzymać młodzieńca. Ze zrezygnowaniem patrzą, jak wchodzi w ruinę i znika pośród kurzu. Nie życzą mu źle. Życzą sobie tylko świętego spokoju.
Plac powoli pustoszeje. Postacie uciekają pospiesznie w obawie przed wynikami przeszukania. Mają nosa. Po niewiarygodnie długim kwadransie, z gruzów powraca jednoosobowa ekspedycja ratunkowa. Kroczy dumna, z poprawnie wykonanego zadania. Być może nawet czeka na oklaski. Spotyka się jednak jedynie z jałową ciszą.
-Ale ja znalazłem- szepcze podnosząc kurtkę- Znalazłem dziecko.
-Nikt nie chce TAKIEGO dziecka- syka któryś z przechodniów, wybrany losowo, do ogłoszenia autsajderowi tej smutnej prawdy.
Nagle pod ruiny podjeżdża minibus. Wszyscy przystają. Nie podoba im się ten minibus. Jest niezwykły! Ma na sobie kwiaty, wymalowane we wszystkie kolory tęczy, na żółtym jak słońce tle z soczyście zielonymi liśćmi. Za kierownicą siedzi Długowłosy szatyn, w ciemnych lenonkach. Przeżywa jakąś piosenkę, to pewne zwarzywszy na trzepanie włosami i walkmana w uszach. Drzwiczki otwierają się natychmiast ( bo oczywiście wszyscy wiemy, że ten opis nie trwał nawet sekundy). Wyskakuje z nich wysoka dziarska kobietka, bardzo przypominająca swój pojazd oraz kierowcę. Jest wszystkimi barwami świata….
-Zmiana planów! -krzyczy od progu, wymachując w powietrzu wielobarwnym kartonikiem na rzemyku- proszę mi oddać to dziecko, drogi panie. Dziękujemy bardzo za pomoc. Skontaktujemy się jeszcze, obiecuję!- dodaje puszczając mu oczko.- Był pan bardzo odważny, proszę uwierzyć.
-Ale kto..?
-Anna Badenpowel! Sierocińce z Ulicy Słonecznej 7! Jesteśmy wszędzie, by pomóc wszystkim!






komentarze [3]

"Życzę Ci Szczęścia, chociaż Go nie ma" .
..
...

....>Jest czwartek, 29 czerwca 2006 roku,
godzina 20:50:43 czasu wschodnio-zachodniego,
a ja mówię:A wymysły, to dziwności są, nad dziwnościami....
Podobał się wymysł? Chyba coś nie coś, bo odzew nędzny, przepraszam ja Was. Ale nic. Wymysły, to swoją drogą, ciężkie sprawy są. Zjawia się taki, potrzepota i uleci, a człowiek-smentek co? Goni toto potem, po polach i lasach, a nawet jak już ucapie, to, szlak by to, nie zawsze w całości. A i wenę trzeba miec. Jak ja jej nie mam, to i za głupie rzeczy się potrafię złapac, niech skonam.

Może trochę za dużo ględzę? Słoneczko w łepetynę mi przygrzało zdrowo, pomyślunek się wywrócił i oto, niech skonam, efekty. Pomóż mi, Dobry Mój, bo coś czuje, że dziwności jakieś na horyzoncie, a im bliżej one, tym mnie do ziemi dalej i dalej. Już niedługo tylko chmury mi się zostaną, i co ja z nimi pocznę?
komentarze [3]

"Życzę Ci Szczęścia, chociaż Go nie ma" .
..
...

....>Jest wtorek, 20 czerwca 2006 roku,
godzina 17:18:31 czasu wschodnio-zachodniego,
a ja mówię:Zacznę, od opisania domu...
Czy marzyłaś kiedyś, żeby prosto z zimnego, zawianego Zimą dworu wejść do maleńkiego saloniku, ze starą, wytartą kanapą z mnóstwem jeszcze starszych poduszek, niewielkim, okrągłym stolikiem {a na nim herbatka oraz ciasteczka} i ogromnym, kamiennym kominkiem, buchającym radosnym ciepłem po lewo, a skrzypiącym, bujanym fotelem, przysypanym śniegiem, oszronionym okienkiem wraz z przytłaczającymi regałami książek po prawo? I, żeby dywan miał długie, miłe włosie, frędzle i tyle wzorów, że głowa mała; żeby wszystko było czekoladowe, orzechowe, miodowe, albo beżowe? A może też o kocie, tłustym futrzaku, mruczącym tuż przy Twoim uchu? O tym, że ściany są z pachnącego, sosnowego drewna, jest zawsze cicho, bezpiecznie... by czuć zapach ziół, cynamonu i kurzu?..

Inga...
-Ingo! Ingo!
Inga skuliła się. Ktoś wołał ją między pasmami wirującego, wiatru. To wołał Kot. Zawsze niepokoił się, kiedy Ingi nie było w domu na czas, podczas burzy czy śniegu. A jej nigdy nie było „na czas”.
-Już idę!.. odkrzyknęła w stronę, którą uznała za w miarą właściwą. Śnieg wciskał się jej w oczy, uszy, do nosa. Porywy usiłowały odebrać płaszcz, a nawet powyrywać włosy z głowy. Na szczęście, włosy Ingi pod ciepłą, wełniana czapką były splecione w grube, długie warkocze i wyrwanie ich nie było by proste. Na szczęście.
Między kurzawą zamajaczyło prawie niewidoczne, prostokątne światełko. To znowu Kot. Pewnie stoi w otwartych drzwiach. Wypatruje Ingi i czeka. O, jak to dobrze.
Jak to dobrze, że jest Kot kominek pełen płomieni, ciepłe ciasteczka z jabłkiem i cynamonem. Kakao...Yyyy...
Inga westchnęła rozmarzona. Białe płatki wirowały wokoło niej tworząc nieprzebyty gąszcz konsystencji owsianki. Po chwili zasłaniały już wszystko. Cały Świat Ingi stał się biały. Silniejszy podmuch wichury pchnął ja na kolana.
-Ingo!- głos Kota niknął przytłoczony tą nieokiełznaną bezbarwną nicością. „Gdzie JA jestem” zdążyła jeszcze pomyśleć „A właściwie- gdzie podział się ŚWIAT?”. Ktoś narzucił na nią coś ciężkiego i przyjemnego, niczym wełniany koc. „Ach, gdyby to mógł być wełniany koc...”- pomyślałaby zapewne Inga, gdyby chwilę wcześniej nie straciła przytomności.

Kiedy się obudziła leżała na miękkiej, miejscami tylko trochę wysiedziałej kanapie. Wełniany koc, który jednak nie okazał się wyłącznie sennym marzeniem okrywał ją szczelnie, od czubka brody, po zbielałe koniuszki palców stup. Ktoś rozebrał ją, ściągnął mokre skarpetki, spodnie oraz sweter i palto, pozostawiając wyłącznie, również lekko wilgotną bieliznę. Nie rozplótł także warkoczy. Inga była mu niezmiernie wdzięczna.
-Dziękuję Kocie- szepnęła w stronę odwróconego tyłem bujanego fotela, z nad którego unosił się, przybierający niekiedy fantazyjne kształty, nieprzerwany obłoczek fajkowych oparów.
Fotel poruszył się, poczym dymienie ustało.
-Nie ma za co- szorstki, lekko zdystansowany, lecz ciepły głos przywodził na myśl coś słodkiego, w miłym, kojącym kolorze...
-Czekoladę...
-Co proszę?
-Gdyby Twój głos miał kolor- odparła natychmiast Inga- to byłby to kolor czekolady. Albo miodu. Ewentualnie.- zastrzegła na koniec, jakby ten ostateczny upust kosztował ja niemało wysiłku.
Trzasnęła gwałtownie zamykana książka. „...”stwierdziła bezwiednie.
-Wolę czekoladę- odpowiedział po namyśle, gdy bujanie wreszcie ustało. Wstał. Miał na sobie białą koszulę, kamizelkę w beżową kratę i czerwone spodnie {na szelkach} zaprasowane w kant.
Był strasznie wysoki, co na Indze zawsze, niezmiennie robiło piorunujące wrażenie. Sama była bowiem, co tu kryć, dość karlawego wzrostu.
-Posuń się...- to bez krempacji wymruczane polecenie wyrwało Ingę z zachwycenia.
Był miękki i ciepły. Pachniał Imbirem, Winem i Zielem Fajkowym. Przylgnęła do Niego cała.
-Piłeś- powiedziała, bez specjalnej nagany w głosie.
-tylko kieliszek- odparł, nie specjalnie się tłymacząc.
Śniezyca, która tak niedawno wydawał się Indze śmiertelnie przerażająca, zabawnie usiłowała sworsowac oszronione szyby okna. Jakaś witka z nienacka trzasnęła w kominku, na znak rozpaczliwego protestu, nim ostatecznie pochłonęły ją płomienie. Na stoliku pyszniło sie kilka wyśmienitych pierniczków jabłkowo-cynamonowych, Kociej roboty. w powietrzu cienie wirowały z okruszkami kurzu.
-Ingo...- dłoń w skurkowej rękawiczce pogładziła niepewnie jej włosy, kark i plecy.- Jesteś... moim największym skarbem!..-dodał z udawanym wyrzutem.- I co ja mam z Tobą zrobic?
-Kakao-odparła bezzastanowienia, bujając już w obłokach pól-snu- Kakao, jutro, na śniadanie.

Gdy Inga obudziła się nastepnego ranka, pachniało świerzym śniegiem, a kakaa oczywiście nie było. Kota nie było także.
nawet sie nie ubierając, w bieliźnie, zjadła śniadanie, zapiła je mlekiem. Umyła sie, zaczęła w koncu czytac książkę, któreś z ulubionych wydań "Tajemniczego Ogdodu", ale nie usiedziała długo. uchyliła, dzrwi i jak stała, na boso przbiegła po śniegu, cichutko w stronę zgarbionej na ławce postaci....
-Ingo, do jasnej...Anieli! Co To ma znaczyc?!
Kotchwycił Ją w pół i wierzgająca przeżucił sobie przez ramię. w trzech pociagnieciach patykowatych nóg znalazł się ponownie w sieni, poczym zamaszyście, zupełnie niedelikatnie rzucił ją na kanapę, pomiędzy wciąż rozesłaną pościel. Z prawdziwą furią trzasną za sobą drzwiami, a Inga usłyszał cichutkie klikniecie zamykanego zamk.

-Jutto idziemy do lekarza.-Ton Kota był stanowczy, przepełniony surowością- To, że TY za wszelka cenę usiłujesz złapac zapalenie płuc, nie znaczy, że JA na to pozwolę.-zastrzegł.
Prócz tych 21 słów kolacja przebiegała w milczeniu. Inga była obrażona.

Wieczorem Kot, jak zwykle, kładł sie późno. Inga, nadal obrażona, udawał, że śpi, kiedy objął ją, przytulil i cichutko szepnąl do ucha, jak bardzo ją...

Następnego dnia, choc Inga bardzo sie starała, nie powiedziała Kotu, że już sie nie gniewa. Wyszedł przed świtem, nim zdążyła się pożądnie wyspac {sam bowiem nie wykazywał takowej potrzeby}, a Inga wiedziała, że nie wróci do rana. Oczywiscie, że nie pojdą do lekarza.




komentarze [3]

"Życzę Ci Szczęścia, chociaż Go nie ma" .
..
...

....>Jest poniedziałek, 19 czerwca 2006 roku,
godzina 17:18:26 czasu wschodnio-zachodniego,
a ja mówię:Niech skonam, jeśli wszystkie liście są na swoich miejscach....
...niech skonam, nie jest najszczęśliwiej. Bo i drzewa nie są już takie, jak być powinny. Smętne to wszystko jakieś takie, ni przypiąc ni…niech skonam, jeśli się mylę. Gdzie podziały się te dobre, stare dzrewiszcza, pojęcia nie mam. Możliwe, że odspacerowały gdzieś, kiedy nikt z Nas nie patrzył, a Niebieski Pan nakrył je rogiem koszuli, tak, że ich nigdy nikomu odnaleśc się nie da. A i Ci, moim własnym zdaniem, co szukają, albo szukac zacząc planują, w ogromnym niebezpieczeństwie są. Bo, nic nie wiadomo, proszę ja Was, co pod taką Boską kapotą uchowac się jeszcze mogło...
komentarze [2]

"Życzę Ci Szczęścia, chociaż Go nie ma" .
..
...

....>Jest niedziela, 18 czerwca 2006 roku,
godzina 20:05:10 czasu wschodnio-zachodniego,
a ja mówię:Raczej dziwnie się dzieje na tym Świecie, niech skonam....
...bo inaczej serce mi siądzie.... Niech skonam. Smutne to wszystko jest troche, powiem Wam tyle. Tutaj, ale tam pewnie też, z tego co słychac, od swoich i od obcych. Wszedzie blisko tak jakby, a do domu coraz dalej, jeśli wiecie, co mam na myśli. Ja nie umiem uczenie, złożenie gadac, a już pisac tym więcej. Ani dużo, czy długo. Ja...tak, jakoś tylko, czasem mi się zbierze na filozofowanie, to nudze, burcze i głupoty bajam. Ja jestem troche taki Bejdak, albo inne licho, czy widmo, co do domu wlezie, usiądzie za piecem i skomli o zmiłowanie. A Bóg? Dobry dla mnie jest i mnie żałuje, ale lepszej głowy, niech skonam, dac nie chce. Woli, widac to igrzysko, co sie przedemna rozgrywa nacodzień. Pośmieje się starowinka, to i Mu potem łatwiej jest wszystko ogrnąc. A tyle nieszczęśc do koła, niech skonam..... tyle nie-szczęśc...
komentarze [0]